Dobry wieczór w poniedziałkowy, hm… wieczór. Dzisiaj na szczęście mam prąd. W dniu wczorajszym o tej porze siedziałam przy świeczkach. Kto obserwuje mnie na IG ten wie!

Dzisiejszy wpis poświęcę małemu podsumowaniu ostatniego tygodnia, kiedy moja aktywność na blogu była żadna, a na Instagramie spadła niemalże do zera. Jedna mała zmiana spowodowała niemałą rewolucję w moim życiu.

Zapewne nie będzie dla Was zaskoczeniem jeśli powiem, że było to znalezienie pracy. Tak jest! Nie jestem już bezrobotna! Mało tego, pracuję w zawodzie! Przez 8 godzin dziennie zajmuję się grafiką, projektowaniem i szukaniem ciekawych rozwiązań graficznych. I robię co mogę, aby wypuszczać na rynek ładną grafikę użytkową. A przy tym uczę się nowych rzeczy, pracy z klientem i rozwijam swoje umiejętności projektowe.

Ta zmiana tak naprawdę pociągła za sobą wszystkie inne. A przez pierwsze 1,5 tygodnia musiałam się przestawić na zupełnie inny tryb. I przyznaję się, było kilka dni, gdzie szłam spać o godzinie 20! I wstawałam po 5 rano. To były dni, kiedy poza pracą, powrotem do domu, zjedzeniem obiadu i posiedzeniem z mamą w kuchni nie robiłam zupełnie nic. W tamtym okresie najważniejsze dla mnie było pogodzenie się z tym. Nie wypominałam sobie tego. Nie zmuszałam do jakiejkolwiek wieczornej pracy, skoro oczy same mi się przymykały. Dałam sobie tyle czasu ile potrzebowałam. Najgorsze, co mogłabym sobie wtedy zrobić, to karać się i żałować, że czegoś nie robię. To jest ważna lekcja. Czasem zwyczajnie warto zwolnić, odpuścić i dać sobie czas.

Praca w Krakowie wiąże się z codziennym dojazdem. Godzina w jedną i godzina w drugą stronę. Najpierw spacer na przystanek (ok. 15 minut), potem 40 minut dojazdu autobusem do centrum (o ile korki pozwolą). Z powrotem jadę już ok. 50 minut (korki nie mają litości!), ale z przystanku zabiera mnie mama, która sama jedzie z pracy. I dzięki temu mogę być szybciej w domu.
Ale wracając jeszcze do codziennej jazdy autobusem – staram się jakoś wykorzystać ten czas. Jest to o tyle utrudnione, że w większości przypadków stoję, ale mam ten komfort, że odjeżdżając z drugiego przystanku na linii mogę sobie wybrać miejsce stojące. Więc lokuję się na wysokości siedzeń obróconych do siebie „pleckami” i pomiędzy nie wrzucam tobołki. Przynajmniej nie muszę tego trzymać. W tym czasie coś czytam, raz jest to książka, innym razem wpisy na blogach.

Inny tryb dnia wymusił na mnie również zmianę w planowaniu. A raczej wymusza, natomiast ja jestem dopiero na szukaniu najlepszego rozwiązania. Na pewno przyjmie się u mnie planowanie posiłków, ponieważ śniadanie zjadam o 6:20, a do pracy zabieram ze sobą II śniadanie, a dziś także obiad. Jeśli sobie tego nie przypilnuję, to będę musiała kupować gotowe jedzenie, a nie ukrywajmy jest to o wiele większy wydatek niż przygotowywanie sobie czegoś w domu. Zrezygnowałam również z dniówek na rzecz bardziej rozbudowanej rozkładówki tygodnia. Czy się sprawdzi? Zobaczymy.

Z innych elementów, które chcę wprowadzić do swojej codzienności to aktywność fizyczna. Mam na myśli powrót do biegania, rozciąganie, yoga. Do tego pisanie bloga, czytanie wpisów na blogach innych, rysowanie, pisanie listów. Jednak wszystko w swoim czasie i powolutku.

A jakie wydarzenia u Was spowodowały mniejsze bądź większe zmiany?